aniakarja-front-01

Miłość na falstarcie

Ania dała się nam poznać jako osoba, która mogłaby swój ślub i wesele przeżyć niejednokrotnie – oczywiście z tym samym  mężczyzną! Kocha organizować, planować, a więc miała w tym przypadku niezłe pole do popisu! Mimo jej uporządkowania, życie przyniosło wiele zaskoczeń i falstartów…

 

Czy można żyć długo i szczęśliwie, jeśli od początku wszystko idzie pod górkę?

Nigdy nie marzyłam, by być gwiazdą wieczoru – królową balu, zwał jak zwał, w skrócie Panną Młodą. Nie pragnęłam publicznych popisów miłości mojej i mojego przyszłego męża, choć w erze „fejsa” podobno tylko taka jest prawdziwa. A jako osoba z natury raczej bez parcia na błyszczenie, nie pragnęłam nigdy wielkiego szumu, ani achów czy zachwytów wokół mnie tego dnia. Co innego, że jako chodzący chaos, gdzieś w okolicach studiów zwariowałam na punkcie planowania, wypunktowywania i kontrolowania wszystkiego, by jakoś zapanować nad tym moim wewnętrznym bałaganem.

Kiedy więc powiedziałam moje najważniejsze „TAK”, ktoś mnie przełączył na tryb – „Planowanie Niezapomnianego Najgenialniejszego W Dziejach i Pamięci Znajomych Ślubu I Wesela”. Dopadła mnie dziwna choroba przenoszona za pomocą zaproszeń ślubnych, objawiająca się otępieniem wszystkich zmysłów na rzecz skupienia wyłącznie na temacie ślubu, czyli przedślubna gorączka.

Jedynym falstartem okazał się nie być Pan Młody… no i jakoś szybko zdeklarowaliśmy się co do sali. Szybko jak na nas, bo mimo jasnego od początki wyboru, zdążyliśmy objechać połowę sal w okolicznych miejscowościach Białegostoku i wszystkie w nim samym, oraz dookoła naszego rodzinnego miasta. Tak dla pewności wyboru 😉

Gdybym była przesądna i słuchała tak zwanych sygnałów wysyłanych przez wszechświat, to ilość zaliczonych przez nas falstartów świadczyłaby nie tylko o tym, że nie powinnam wychodzić za mąż, myślę, że ta wróżba świadczyłaby o tym, że ja nawet nigdy nie powinnam była poznać mojego obecnego męża. Na szczęście jedyny przesąd, jakiego świadomie uniknęliśmy, skończył się na dacie naszej uroczystości. Zawsze marzył mi się ślub czerwcowy, a jakoś każda sala miała wolny termin na 13sty dzień tego miesiąca. Na szczęście tydzień później też była sobota i do tego w naszej Sali wolna, więc odbyło się bez gwarantowanego pecha.

Co innego suknia. Nawet jeśli jesteś w miarę ukształtowaną pod kątem gustu 29-letnią kobietą, to jeśli szukasz czegoś długiego, białego i w sumie dość istotnego z własną matką, to nagle zapominasz o swoich upodobaniach. Gdy mama choćby zachlipie, to pod wpływem filmów, które wmówiły Ci już wcześniej, że Twoja mama ma płakać, gdy Ty znajdujesz tą jedyną suknię życia, myślisz sobie – o, mama płacze – mamy to. A potem mama wyjeżdża i zaczynasz myśleć samodzielnie, że Ty masz przecież kompletnie inny gust i w sumie to byś chciała to, co chciałaś od początku, a nie bezę a’la Chodakowska, krótszą z przodu, tylko dlatego że mama się przy niej popłakała. I tak zaliczyłam mój pierwszy falstart…

Mimo, że na co dzień nie noszę biżuterii i przywiązuję raczej niewielką wagę do dodatków, a dopasowanie torebki rozróżniam w najbardziej łopatologiczny sposób, jasna na sezon letni, ciemna na zimowy; nagle odkryłam że jedną ze spraw, bez których mój ślub się absolutnie nie uda, jest właściwy odcień stalowej szarości na linii stroik do włosów, pas, buty. Naprawdę spędzało mi to sen z oczu! Okazało się ponadto, że jeżeli nie zamierzam być bezą w cyrkoniach i brokacie, to znalezienie, a tym bardziej dopasowanie do siebie jakichkolwiek elementów, będzie graniczyło z cudem. Po tym jak znalazłam retro piórko, które pasowało do fryzury i koncepcji, pas wyszyłam sama ze szkiełek odprutych z bluzy i perełek z rozerwanej bransoletki mojej mamy, a idealne pantofelki znalazłam (już) po pół roku od początku poszukiwań w jednym ze sklepów internetowych. Miałam fart, bo dało się w nich nawet tańczyć, a każda z nas wie, że jak bucik wygląda ładnie, to na ogół tylko wygląda.

Potem były już same zmiany: fotograf.. dj.. kwiaciarnia.. tort.. zaproszenia, których próbki wyglądały jak drukowane na szarym papierze toaletowym. Gdzie dało się zrobić bałagan, tam się zrobiło, co dało się zmienić – zostało zmienione. Za dużo wrażeń, emocji, za mało czasu, a wszystko takie wspaniałe i idealne, ale tylko do następnego tropu.

Dość łatwo jest znaleźć fotografa… w sieci roi się od twórców z portfolio, w którym nie brakuje zdjęć o podpieraniu starego drzewa przez Młodą Parę (swoją drogą myślę, że Green Peace powinien przyznawać jakieś ordery za pomoc tym drzewom, bo gdyby nie te pary co roku dzielnie służące za podparcie, to drzewa już dawno by poupadały), czy zdjęć z kadrami niemal jak z nocy poślubnej, gdy on dzielnie zadziera do góry nogę swojej lubej, by zdjąć jej podwiązkę itp. itd. W pierwszej kolejności przypomniałam więc sobie o koledze z liceum, który kiedyś chyba robił zdjęcia i po sprawdzeniu jego portfolio okazało się, że nie ma zamiłowań ani do botaniki, ani poślubnej erotyki. Co więcej, robił bardzo ładne zdjęcia. Wybór był więc niemal dokonany. Ale że lubiłam namieszać, to przeglądając kolejne portale ślubne, trafiłam na kogoś innego, z jeszcze ładniejszym portfolio, a ekonomia wydatków zrobiła swoje i zadecydowało 500zł. I tak zmienił nam się fotograf na fotografkę, którą swoją drogą z czystym sumieniem teraz polecam, bo zdjęcia superm a i człowiek fajny.

Jako że w zalewie wszystkich informacji czasem szuka się rozwiązań najbliżej, tak też w pierwszej kolejności na naszego dj’a wybraliśmy kolejnego kolegę, tym razem poznanego na jakimś szkoleniu. Sprawa załatwiona. Po spotkaniu, bardzo miłym podkreślę, wyszliśmy jednak z wrażeniem że ów kolega mimo że nie lubi, przywykł już do polskiego obowiązku disco polo na weselu i jakoś nie bardzo chce się od tego przyzwyczajenia oderwać. No i jakoś tak przypadkiem poszliśmy do szkoły tańca umówić się na naukę naszego pierwszego, i przy okazji wyszliśmy nie tylko z zaklepanym instruktorem, ale i dj’em w jednej osobie, jakoś tak kompaktowo, również cenowo.

Co do kwiaciarni – cóż nie będę pisać w formie „my”, bo kwiaty to jednak taka dziewczyńska rzecz i przy wyborze padło na mnie, choć mój przyszły dzielnie mi towarzyszył, wzdychając po kątach co jakiś czas z nudów. Po objechaniu kilku kwiaciarni i nawet super designerskiego i jeszcze bardziej super drogiego atelier, padło na malutką osiedlową kwiaciarnię z przemiła panią, która mimo kiepsko aktualizowanej strony www, miała bardzo aktualne z trendami zdolności i zrobiła mi tak piękny bukiet, że uśmiechałam się patrząc na niego za każdym razem. Tu falstartu nie było, pełna satysfakcja.

Rozczarowaniem za to był tort. Pyszny, choć zupełnie inny niż zamówiłam. Mimo spędzenia dwóch godzin na dokładnym opisywaniu każdego kwiatka na każdym piętrze, o północy wjechał na salę cudzy tort. No na pewno według cudzych wyobrażeń, o tym jak miał wyglądać. Nie polecam więc decydowania się na tort w cukierni, w której opis zamówienia odbywa się na zasadzie głuchego telefonu, przekazywanego górze przez realny, choć chyba faktycznie z dość słabym odsłuchem, telefon. Ostatecznie pora krojenia owego „cuda” przypadła na moment tak dobrej zabawy, że mało kto w ogóle ten tort chyba pamięta, a i tak przy krojeniu został, delikatnie mówiąc – zmasakrowany, by nie było już „za fajnie” 😉

Po gorączce roku i czterech miesiącach przygotowań, nastał ten jeden piękny, dopracowany w szczegółach Dzień. Państwo Młodzi promienieli szczęściem, a goście życzliwością. Idealna suknia wprawiła „Za-Chwilę-Męża” w zachwyt, a mama znów popłakała się ze wzruszenia. Dodam tylko, że w całej tej radości niemal spóźniliśmy się na własny ślub, a już zapomnieliśmy zupełnie o obowiązku potwierdzenia dzień wcześniej w Urzędzie Stanu Cywilnego, chęci zawarcia tego małżeństwa! Na szczęście ktoś nam jednak tego ślubu udzielił, a dalej były gratulacje, pierwszy toast i zabawa do rana poprowadzona przez dobrze wybranego instruktora tańca – dj’a. Uwieczniła to wszystko nasza zdolna fotografka. A potem sesja poślubna też była falstartem i podchodziliśmy do niej trzy razy, bo burza z piorunami… ale to już całkiem inna historia.


ania (5)

ania (6)

ania (14)

ania (10)

ania (7)


Opowiedziała: Anna Karwowska-Jankowska

Zdjęcia: Sulika Puszko oraz www.byedithphoto.com

Komentarze (2)

  • vel.siemieniuk@gmail.com'

    Fryzura obłędna!

    Odpowiedz
    • Udana fryzura to prawdziwy skarb – zwłaszcza na własnym ślubie. A z tym różnie bywa!

      Odpowiedz

Napisz komentarz