monika-i-kamil-slub-8

Ślub, wesele i nowa ja

Monika zauroczyła nas swoją osobą. Opowiedziała nam o przygotowaniach do swojego ślubu i wesela, dzięki którym odkryła w sobie wielką pasję. Ta z kolei przywiodła ją do naszej redakcji. Monika już niedługo zadebiutuje u nas ze swoją rubryką! Przeczytajcie jej opowieść, by dowiedzieć się wszystkiego po kolei :)

Przedwiośnie. Pierwsze mocne, soczyste promienie słońca, czysty błękit i sezon na tulipany. Spacery mają to do siebie, że sprzyjają różnym refleksjom. Często wychodzimy, by „przewietrzyć głowę” – od złych myśli  lub w innych przypadkach: by znaleźć odpowiedź, odpocząć od myślenia o czymś, pomarzyć. Mój dzisiejszy wiosenny spacer sprzyjał raczej luźnym refleksjom i wiedząc, że będę wieczorem pisała swoje wspomnienia ze ślubu i wesela, właśnie wokół tej tematyki się kręcił. Dopadło mnie szczególnie jedno pytanie: Dlaczego są pary młode, którym szczególnie nie zależy na tym, jak ten ślub i to wesele będą wyglądały, a ja byłam tą młodą, która oszalała na punkcie ślubno-weselnej organizacji? Co ze mną było nie tak? Przez moją głowę przewinął się tabun różnych myśli. Przyspieszyłam kroku. Przemknęła mi nawet myśl, że zepchnęłam miłość w kąt ignorancji, kosztem zabawy w ślub i wesele! Stop! Przystanęłam.

Szybko rozwiałam te iście złośliwe ad persona od siebie. Przede wszystkim, zaraz po zaręczynach, jak tylko myśl o Tym Dniu zaczęła kiełkować w mojej głowie,  wiedziałam że nie dam się udusić w gorsecie, nie utonę w morzu zabaw oczepinowych i co najważniejsze – nie dam sobie wmówić, że tak ma być, bo inaczej się nie da. Z takim myśleniem nie pozostało mi nic innego, jak zakasać rękawy i zainteresować się tematem ślubno-weselnym. Jak się z czasem okazało, poprzeczkę postawiłam dość wysoko i to nikomu innemu, jak sobie samej. I prawie rok od ślubu, z przekonaniem stwierdzam: postawiłam na swoim, co więcej – opłacało się! Bynajmniej nie chodzi mi o weselne finanse (które swoją drogą, musiała chyba pochłonąć jakaś czarna dziura – nie pytajcie, nie wiem, żałoba już minęła), zyskałam o wiele więcej –odkryłam w tym działaniu pasję. Nic nie sprawiało mi większej radości niż przygotowania do ślubu i wesela, niż poszukiwania  oryginalnych dekoracji, planowanie najmniejszych pierdół i projektowanie tych większych, niż pomysły niby proste, a łamiące konwenanse oraz kontakty  z ludźmi, którzy na samo hasło „ślub”, z rozrzewnieniem w oczach pomagali mi jak mogli.  Kto mnie wtedy widział (a myślę tu o paru osobach), ten mnie teraz żarliwie w odkryciu tej radości utwierdza.

Byłam więc dziewczyną, która zapragnęła mieć wesele takie, jak sobie wymarzyła. Takie też dokładnie ono było. Oczywiście miałam symptomy ZNP, a jakże. Cóż się dziwić, skoro 2 tygodnie przed weselem pani Justyna, menadżerka  naszej sali weselnej, zadzwoniła do mnie z zapytaniem, czy to wesele w ogóle się odbędzie? „ – Tak, a dlaczego Pani pyta?” – odpowiedziałam zdziwiona. Jak się okazało, miałam odezwać się w sprawie ustalenia menu. Miałam mieć masę pytań – nie miałam. Wszystko ułożyłam wcześniej w głowie i właściwie tylko wpadłam na salę wieczorem, dzień przed ślubem. Na naszym stole zawiesiłam girlandę z napisem „Para Młoda”, udekorowałam kącik przeznaczony na księgę gości, zawiesiłam rozpiskę stołów. Wcześniej rodzice zawieźli karty menu z numerami stołów  i plastry drewna ( tutaj wykonałam telefon do pani Justyny, czy istnieje możliwość, by kawał świeżo ściętej brzozy leżał na stole).

Jeżeli mam przywołać wspomnienia z okresu przed ślubem, to na pewno nie był to czas dłużącego się wyczekiwania. Myślę też, że wykraczał poza wszelkie ramy przyzwoitych przygotowań. Z jednej strony, miałam plan w głowie, który punkt po punkcie odhaczałam, z drugiej strony miałam masę roboty i bieganiny,  skoro podjęłam się wykonania „mojej wizji wesela”. Jednak pierwsze dwa symptomy ZNP dopadły mnie dopiero dzień przed ślubem. Pierwszy: kupowanie dywanów (nie pytajcie), drugi: mycie okien (tak, szorowałam okna dzień przed weselem, i tak – było to już PO ślubnym manicure). Co śmieszniejsze, nadal obie te fanaberie uważam za słuszne. Co jeszcze pamiętam z tamtego dnia przed ślubem,o 5-minutowe zakupy ślubnego podkładu, decyzja o kupnie butów na zmianę (których ostatecznie nie założyłam, bo skąd mogłam wiedzieć, że pierwszy raz w życiu założone 10-centymetrowe szpilki okażą się na tyle wygodne, by przetańczyć w nich całą noc?), przygotowanie dekoracyjnych ramek z tekstem o wpisach i radach dla Młodych, spotkanie z florystyką, ach i przygotowanie podziękowań dla gości! Najbardziej zaś pamiętam masę wyrozumiałych i ciepłych rozmów zarówno z bliskimi, jak i totalnie obcymi mi osobami!

Szczerze przyznać muszę, że jako przyszła Para Młoda, traktowani byliśmy wyjątkowo i na uprzywilejowanych zasadach. Raczej nie wykorzystywaliśmy tej sposobności, choć poczucie, że to jest wasz czas i cała miłość i uwaga skupia się na tym, by było wam jak najlepiej, jest jak teraz pomyślę… rozczulająca. Swoją ostatnią panieńską noc spędziłam w rodzinnym domu, z przyjaciółką, a moją starszą. Bez problemu wchłonęłyśmy też kolację grubo po północy. Gdy zasypiałam przeświecała mi jedna myśl – pamiętaj, jutro, choćby walił grad wielkości jaj, który by powybijał ci te świeżo umyte okna, nic już nie możesz zrobić. Czasu nie cofniesz, a wspomnień nie wrócisz. To jest wasz dzień, tylko jeden, i przeżyj go tak, by był najwspanialszym dniem w życiu. W konsekwencji spałam jak suseł.

Skoro świt umalowałam się (mhm, sama…) i przyjechałam budzić ( jeszcze) narzeczonego. Jemu też dobrze się spało, dlatego kiedy okazało się  godzinę przed umówionym fryzjerem, że zgubił gdzieś karteczkę z pierwszą spowiedzią, a przed nim jeszcze ta druga… nie obyło się bez bieganiny i wiszenia na telefonie. Wyszliśmy i z tego. A tej małej, podstępnej karteczki nie znaleźliśmy do tej pory. W ogóle kto zna mojego K, ten wie, że jest to człowiek opanowany, do granic czasem mojej wytrzymałości, spokojny i wyluzowany. Specyficzny, gdzie słowem kluczem jest: typowy informatyk. Po fryzjerze przyszła moja sukienka. Dosłownie – przyszła. Teściowa z ciocią niosły wyprasowaną sukienkę z 3-metrowym welonem przez jedną z najruchliwszych ulic Białegostoku. Mam świadków!

Pogoda dopisywała. Nie należę do przesądnych osób (to był maj) i uważałam, że nawet w deszczu zdjęcia i romantyczna atmosfera tego wydarzenia będą super. Maj od zawsze kojarzył mi się w dwójnasób: z białostockimi juwenaliami, na których padało, wiało i przymarzało, i majem, tym mającym się na łąkach (stąd motyw łąkowych kwiatów na zaproszeniach i innych dodatkach). Przestawiając myślenie, tylko i wyłącznie na tą drugą opcję, głęboko wierzyłam, że będzie 20 stopni, słońce i lekki wietrzyk. W ogóle nie dopuszczałam innej myśli do głowy. Nie kupiłam białego parasola i tym razem też wyszło na moje.

Podczas gdy ja się ubierałam, K pojechał do rodziców na błogosławieństwo. Potem nastąpił jeden z dwóch najbardziej intymnych momentów, jakie pamiętam z tego dnia i którego przeżycie będę polecała każdej parze. Właściwie funkcjonuje on w naszej tradycji na zasadzie: młody przyjeżdża do młodej, witają się, jest błogosławieństwo. Natomiast bardziej nabudowaną intymnością i czułością atmosferę buduje tzw. first wedding look, czyli spotkanie się młodych praktycznie sam na sam. U nas wyszło to dość spontanicznie, właściwie nie wiem nawet jak – owszem, znałam ten zwyczaj z amerykańskich filmów, nie miałam tego jednak zaplanowanego, więc tym bardziej się cieszę. Potem tempo przyspieszyło – błogosławieństwo w moim rodzinnym domu (tu był ten drugi moment, choć moi rodzice trzymali się dzielnie), zdjęcia w ogrodzie pod pochyloną kwiecistą jabłonią i pająk zaplątany w sukienkę. Wygodnie mu tam było, skubany namiętnie przemierzał  kolejne warstwy tiulu. Tak jak wspomniałam, przesądna nie jestem, ale pająk w takich okolicznościach według mojej przyjaciółki to oczywisty znak pomyślności – niech więc tak będzie! W przednich humorach pojechaliśmy do kościoła. Teraz mogłabym nawet powiedzieć, że byliśmy jak dwa motyle beztrosko hasające po tej majowej łące. Znajomy ksiądz wygłosił nam mega pozytywne kazanie, które było właściwie w formie rozmowy z nami. Najbliższe mi osoby, brat i starsza, przeczytali I i II czytanie. Grały skrzypce, były brawa (dwukrotne) i całusy (też dwukrotne;) ). Przysięga, która była niczym innym, jak szczerym, głębokim spojrzeniem w duszę już za chwilę – męża i żony.

Jakie mamy jeszcze wspomnienia? Że wszystko minęło jak z bicza strzelił! Nasze wesele było jak film w przyspieszonym tempie – przyjazd na miejsce (dostąpiliśmy czegoś na zasadzie first wedding look w wersji z salą. Choć wszystko przygotowywałam i planowałam sama, i w głowie miałam pewne wyobrażenie, to widok sali z dodatkami powalił mnie na kolana, mąż mój natomiast namiętnie się dopytywał, skąd się to wszystko wzięło…).Taniec-przytulaniec, zabawa na całego (z wujkiem – to ten typ zapalonego tancerza, co to żadnej nie popuści), pyszne jedzenie, zimny alkohol, podziękowania rodzicom, przepyszny  tort przystrojony kwiatami, rzucanie bukietem i muszką, znowu zabawa na całego (wujek na lekkim zachwianiu) i godzina 5 rano – tańczyliśmy z grupką znajomych przy starym rapie. W niedzielę rano oboje dochodziliśmy do siebie, że to już po! Dopadła nas wręcz mini depresja poweselna. Niemniej jednak wszystkie te wspomnienia świadczą o jednym – było super! I choćby tylko dla nas – idealnie.

***

Doszłam do domu, z bukietem 12 tulipanów. To był przyjemny, wiosenny spacer. Teraz spisując nasze wspomnienia, zdałam sobie sprawę, że jestem szczęściarą. Miałam ślub i wesele, takie jak sobie wymarzyłam, a przy okazji – odkryłam w sobie pasję! Nic chyba lepiej w życiu nie smakuje, niż satysfakcja w osiąganiu zamierzonych celów, a co za tym idzie -spełnianie marzeń! Kolejne właśnie się spełnia: dołączam do redakcji Zespołu Napięcia Przedweselnego i będę starała się pomóc przyszłym Parom Młodym (choć nie tylko!) zorganizować ślub i wesele, byście również mieli wspomnienia tak cudowne jak ja, a nawet lepsze! Do napisania!


monika-i-kamil-slub-7

monika-i-kamil-slub-6

monika-i-kamil-slub-5

monika-i-kamil-slub-3

monika-i-kamil-slub-2

monika-i-kamil-slub-1


Opowiedziała: Monika Kaliszewska

Zdjęcia: Natalia Kalina

Komentarze (4)

  • aknilewe@onet.eu'

    Moniś! <3

    Odpowiedz
  • modmagda@gmail.com'

    Brawo! Gratuluje determinacji w realizacji swego jakże misternego planu na Ten Dzień. Potwierdzam, że warto było, bo efekty byly poprostu piękne :) a tekst jest mega pozytywny :)

    Odpowiedz
  • u.kordek@gmail.com'

    Kochana Moniko!
    Kiedy zobaczyłam Cię pierwszy raz na zdjęciach Natalii, to myślałam, że mi przejdzie, ale nie przeszło. :)
    Powiedz, proszę – gdzie dostałaś te przepiękne i wygodne buty? :)

    Gratuluję Wam spełnienia marzenia w postaci takiego wesela, jakie widzieliście Wy, a nie wszyscy pozostali, choćby najżyczliwsi, doradcy. :)
    My również zdecydowaliśmy się na rezydencję w Protasach i powiem Ci szczerze – nie mogę się już doczekać!

    Pozdrawiam,
    U.

    Odpowiedz
    • Hej! Dziękuję za miłe słowa! Przywołały wspomnienia przed drugą rocznicą ślubu. :) Wam również życzę wymarzonego ślubu i wesela (choć o to w Protasach nie trudno 😉 ), i nie dziwię się, że nie możesz się doczekać – jestem więcej niż pewna, że to będzie wyjątkowy dla Was dzień! Buty są z Kazara, z kolekcji sprzed 2 lat, ale ostatnio przeglądałam aktualną i widziałam parę równie pięknych (nie wiem niestety jak z wygodą). Uściski, Monika

      Odpowiedz

Napisz komentarz