Polowania na suknię ciąg dalszy

Stałyśmy obie przed wielgaśnym lustrem w salonie z sukniami ślubnymi. Ona, przepiękna nieznajoma o lekko hiszpańskim typie urody, błyszczących oczach i najpiękniejszych ustach, jakie kiedykolwiek widziałam. Mówię to jako 100% hetero. Czułam się przy niej jak szara mysz słowiańskiej urody, choć ona wpatrywała się we mnie równie intensywnie i głośno zachwycała tym, jak wyglądam w mojej sukni. Wyobraźcie sobie ten widok: dwie przyszłe panienki młode stoją wystrojone w salonie przed lustrem i podniecają się tym, jak wygląda ta druga. Robiłam jej zdjęcia z komórki, a ona mi. Powiedziałam ekspedientce (a może raczej stylistce?), że chcę wyglądać dokładnie tak, tak tamta dziewczyna hiszpańskiej urody. Latynoska bogini zgłosiła też swoje życzenie – ona z kolei pragnęła zamienić się w słowiańską dziewczęcość, czyli dokładnie jak ja, tylko odwrotnie. Obie chciałyśmy się wymienić nie tylko swoimi sukniami, ale i całością: figurami, twarzami, całą urodą. To było jakieś kompletnie szalone, wzajemne zauroczenie. Czy to już zdrada?:)

No i cóż mogła na to poradzić pani stylistka z salonu? Kazała nam wpierw się zamienić sukniami, zanim postanowimy zrobić to z całą resztą. Zachwycone wskoczyłysmy w nieswoje kiecki. Ona: znacznie niższa ode mnie, może i z krótszymi nogami, ale biust – ho ho! Taki typ Penelope Cruz. Ja w szpilkach przypominałam dostojną wieżę Eiffla. No więc wymieniłyśmy się tymi sukienkami i… toż to szok! Obie byłyśmy w tym momencie najmniej atrakcyjnymi pannami młodymi w kosmosie. Jej hiszpańskie falbany, dekoracyjny wolon, mięsistość sukni, te setki ozdób sprawiających, że bogini była żywym obrazem, u mnie krzyczały i protestowały. Stałam się uosobieniem kiczu. Ona zaś w mojej sukni po prostu zniknęła. Nie było jej. – Halo, jest tu ktoś??

I nie chodzi bynajmiej o rozmiary kreacji – uwierzcie, że panie z salonu potrafią działać cuda przy wciskaniu ciał w suknie. Uroda bogini wymagała królewskiej oprawy, a moja prosta, delikatna kiecka bez kaskady falban, wyglądała na niej jak plama białej farby czy dobry korektor w zeszycie gimnazjalistki. Zamazać, zakryć, pozwolić zniknąć. Babeczka z salonu klaskała w dłonie, bezgłośnie komunikując: A nie mówiłam?! Mówiła, mówiła: Nie każda suknia, która wygląda dobrze na modelce czy innej młodej, będzie ci pasować.

Z radością wskoczyłyśmy w nasze własne suknie, wpatrując się nadal z uznaniem jedna dla drugiej, ale też z uznaniem dla siebie samych. Teraz z zupełnym przekonaniem ustawiałyśmy się w kolejce do podpisania umowy i wpłaty zaliczki. Bo suknia jest niczym bez panny młodej. To ona ją tworzy, sprawiając, że kawałek materiału albo zachwyca, albo straszy.

Napisz komentarz